15 grudnia 2013

Moje pożegnanie z Afryką



Czas opuścić Zarię. Po wydarzeniach w roku 1984, zarówno tych politycznych, jak i naszych rodzinnych, nasz pobyt w Nigerii miał zawsze charakter 'na chwilę' - ciągle rozważaliśmy wariant powrotu. 

Ponieważ jednak po kolejnym przewrocie w 1985 roku, kiedy Buhari odchodzi i pojawia się Babangida, wydaje się, że widać światełko w tunelu. Jego misją jest przywrócenie cywilnej władzy w Nigerii, prowadzone są rozmowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, życie zaczyna wydawać się łatwiejsze.

Kolejny rok akademicki 1984/85 w pełnym składzie rodzinnym mija dość spokojnie, dużo kontaktów z krajem, większe grono znajomych poza campusem, żadnych chorób czy katastrofalnych zdarzeń powoduje, że decydujemy się na kolejny rok, 85/86.

To nie była dobra decyzja.

To rok, kiedy po raz pierwszy przemoc wdziera się na campus. Jesteśmy świadkami wejścia wojska przez główne bramy uniwersytetu, naruszenie wszelkich zasad niezależności uczelni - przypomniało mi to natychmiast rok 1968, kiedy stałam przed BUW-em na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, skandując 'Nie ma chleba bez wolności' (właśnie skończyłam 18 lat i byłam studentką 1-szego roku Archeologii) patrząc na koszmarny marsz Golędzinowa przez Główną Bramę UW na Krakowskim Przedmieściu do środka uczelni. Nigdy nie zapomnę tego obrazu.

Obraz wojska wchodzącego na teren ABU był dla mnie równie przerażający. Aresztowania wśród wykładowców i studentów. Cudzoziemcom nic nie groziło, ale zniszczenia na campusie i wokół były przygnębiające.

W jakiś czas potem wzięłam aparat by zrobić zdjęcia zniszczeń, ale udało mi się zrobić tylko dwa zdjęcia rozbitych sklepików.




Od tej pory planowaliśmy już tylko powrót. Toteż następny rok akademicki rozpoczęliśmy sami, bez dzieci. Liczyliśmy się z tym, że powrót będzie przyśpieszony, a więc bez możliwości zakończenia pełnego roku szkolnego. Wróciliśmy jedynie po to by zlikwidować dom, zamknąć sprawy finansowe.

Sytuacja w Nigerii pogarszała się szybko, zaczęły się napady na domy na campusie. Nawet nie podczas nieobecności domowników, ale w nocy, gdy domownicy spali. Ratowało nas położenie naszego domu - na rozstaju dróg, bez zarośli, z domami w pobliżu. Te ukryte wśród drzew, domy białych stały się pierwszoplanowym celem ataków.

Podczas jednego z takich ataków, nasi bliscy znajomi, znajomi z malutkim dzieckiem, odpierali atak kilku napastników przez blisko 3 godziny, używając maczet, by uniemożliwić otwarcie okien lub drzwi. Nie będę opisywać, ile czasu zabrało zmywanie krwi z podłóg tego domu, i nie wiem ile rąk wtedy ucierpiało. Nad ranem kiedy krzyki rodziny jednak ktoś usłyszał i kiedy dotarliśmy na miejsce jasne było jedno - czas wracać.

Przed nami było zlikwidowanie domu, sprzedaż samochodu oraz transfer zarobionych pieniędzy. 

Zacznę od likwidacji domu, bo to w gruncie rzeczy najmilsze z tych zajęć. Taka wyprzedaż domu jak z 'Pożegnania z Afryką'. Wszystko, czego nie planowałam zabrać obwiesiłam przywieszkami z cenami i wystawiłam na podjeździe, przedtem ogłaszając w wielu miejscach o 'garage sale'.

Kupujących był tłum. Od białego mieć coś to splendor, a do tego nie było tu zwyczaju targowania. Nie honor. Kupowali według moich cen. Sprzedałam wszystko do ostatniej filiżanki, której czasem nadal szukam w kredensach, bo człowiek przywyka do głupich przedmiotów.

Potem sprzedaż samochodu.
Kupiec także był szybko, bo to importowany samochód od białych. Cena super, bo po inflacji i braku importu, taki importowany garbus w dodatku z niewielkim przebiegiem to była prawdziwa okazja.

Dom wyprzedany, samochód sprzedany, pieniążki się uzbierały w niezłą kupkę, czas wracać. Jeszcze parę pożegnalnych spotkań i można ruszać z powrotem. Tyle że wyjechaliśmy znacznie prędzej niż planowaliśmy.

Kiedy kolejnego dnia po sprzedaży samochodu podjechaliśmy pod dom, na murku przy podjeździe leżała biała koperta. Zabrałam kopertę, która wydała mi się nieco ciężka. Weszliśmy do domu, podałam kopertę mojemu mężowi, który po jej otworzeniu zrobił się nieco blady... w środku był nabój o długości ok. 8 cm, a list nakazywał oddanie sumy pieniędzy równej temu co zarobiliśmy przez lata pracy w Nigerii, albo ten nabój będzie naszym udziałem.

Pierwsza reakcja - jak dobrze, że jesteśmy bez dzieci, druga - to jakaś farsa, trzecia – pojedźmy do naszego seniora campusowego, niech osądzi. Pojechaliśmy.
Kiedy pokazaliśmy zawartość koperty, jego reakcja nas także wprawiła w panikę.
Zapakował nas w samochód i zawiózł do rektoratu, gdzie po jego interwencji, w przeciągu kilku minut mieliśmy spotkanie z normalnie absolutnie niedostępnym Rektorem Uczelni. Ten przyjął nas - to był już szok - w towarzystwie policji i wojska, zabrano nam nabój (niestety, nie pomyślałam o zdjęciu) oraz nakazano nam natychmiastowe opuszczenie campusu. Dostaliśmy też ochronę wojskową, ale to był raczej powód moich obaw, niż poczucia bezpieczeństwa.
Łatwo powiedzieć 'opuszczenie campusu'. Nadal nie byliśmy spakowani, nie załatwiliśmy spraw finansowych, czyli transferu zarobionych pieniędzy. Zapadał wieczór. Nocować w strachu przed napadem? Mijały godziny.

Nasi przyjaciele zmobilizowali kilka samochodów, podjechaliśmy pod dom, pod osłoną nocy i samochodów, wynosiliśmy na prędce rzeczy z domu, w kilka godzin byliśmy na drodze do Kano, do Konsulatu.

 
W Konsulacie akurat było przyjęcie - nie wiem dlaczego, ale nie pamiętam z jakiej okazji - to było wspaniałe znaleźć się wśród ludzi.

Dalej już droga prosta. Warszawa, dom, tyle prosta to nie znaczy łatwa. Jakoś nasze finanse przekroczyły granice, jakoś zrealizowaliśmy nasz plany, ale nie tak chciałam zakończyć te lata w Nigerii.

Mam za sobą piękny kawałek życia - bogaty we wszystko. Przeżycia, to co widziałam, to co poznałam, ludzie, których spotkałam, a nade wszystko obrazy Afryki.
Warto było podjąć się tej wyprawy, bo jeśli podczas niej, lub później zdarzyło się coś, co na zawsze zmieniło moje życie, to nie było to w żaden sposób związane z życiem w Zarii.

I to już koniec mojej nigeryjskiej opowieści. To rzeczywiście trudne i wspaniałe lata zarazem, do tego to wszystko zdarzyło się w nieco innej epoce, kiedy straszyła nas żelazna kurtyna, kiedy paszport i podróż zagraniczna były obiektem marzeń.

Wiem jedno na pewno, warto podejmować wyzwania, jakie stawia przed nami życie, nawet jeśli wydają zbyt trudne, zbyt niemożliwe do pokonania, bo pokonanie ich zmieni nas w zupełnie innych, doskonalszych ludzi

13 grudnia 2013

Praca w Nigerii

Jak dotąd niezwykle mało miejsca w moich nigeryjskich opowieściach poświęciłam w sumie sprawie najważniejszej - naszej pracy. Wprawdzie praca była jedynie środkiem do osiągnięcia celu, jakim oczywiście były pieniądze, to jednak wcale nie była ani niewolnicza, ani pozbawiona satysfakcji.

Nasz wyjazd był związany z kontraktem Polserwisu, wtedy państwowej instytucji, centrali handlu zagranicznego, odpowiadającej za zagraniczne kontrakty naszych specjalistów. To był eksport polskiej myśli technicznej w świat. Głównie chodziło o technicznych fachowców wyjeżdżających budować drogi, mosty np. w Libii, Iraku, tzw. 'trzecim świecie'. Od 1961 roku kiedy powstał Polserwis wyjechało na takie kontrakty prawdopodobnie kilkadziesiąt tysięcy osób, ale oficjalne dane nie są dostępne. Dla wielu, poza pracą, to był też etap w drodze do emigracji na zachód.  

Chętnych do wyjazdu na kontynent afrykański, nie do krajów Afryki Północnej, tylko wgłąb lądu, nie było aż tak wielu, do tego była to praca wymagająca naprawdę dobrej znajomości języka angielskiego. Trudno wyobrazić sobie wykładowcę na uniwersytecie, nawet w Nigerii, bez językowej sprawności.
Oboje, ja i mój mąż, akurat takie mieliśmy życiorysy, że angielski był częścią naszego życia. Natomiast stanie na katedrze przed salą pełną studentów, taką częścią jednak nie było.
Moja praca zaczęła się później, nie była przewidziana kontraktem, dopiero na miejscu okazało się, że na ABU jest wydział archeologii, gdzie z otwartymi rękoma przywitano specjalistę od śródziemnomorskich starożytności. Wkrótce więc stałam się wykładowcą.


Z własnym biurem i nazwiskiem na drzwiach. Tabliczkę zabrałam na pamiątkę, kiedy wyjeżdżałam.





Mój wydział mieścił się w jednej z ładniejszych części campusu







Do tego moje biuro miało klimatyzację, co jednak czasem pomagało, szczególnie kiedy zaczynała się sesja egzaminacyjna i godzinami sprawdzałam testy moich studentów. 

Moich studentów! 

Nie będę ukrywać, że wcale nie było mi łatwo i nie chodzi o wiedzę, bo po studiach pod kierunkiem Profesora Kazimierza Michałowskiego, jako pierwsza studentka na roku, o antyku wiedziałam dość, by prowadzić zajęcia z Historii Sztuki Starożytnej Grecji i Rzymu, nawet po angielsku. Tyle że ja nigdy nie byłam specjalistką od publicznych wystąpień, wyłącznie z powodu absolutnie tragicznej tremy.

Kiedy stawałam przed salą pełną ludzi moja przebojowość i temperament nagle gdzieś znikały, w głowie miałam pustkę, a język odmawiał posłuszeństwa. Niestety to samo było z wykładami. Jedynym sposobem było doskonałe przygotowanie każdego wykładu na piśmie. Wiedząc, że w każdej chwili mogę po prostu zacząć czytać, jakoś opanowywałam paraliż psychiczny, 'wchodziłam' w temat, a potem już jakoś szło. Z każdym kolejnym rokiem było coraz łatwiej, ale tremy nie pozbyłam się nigdy, o czym nie raz przyszło mi się jeszcze przekonać w moich następnych zawodowych wyzwaniach.

Tych wykładów nie było zbyt wiele. Do tego dochodziły ćwiczenia ze studentami. To jednak było inne, bardzo ciekawe, bo siedzieliśmy małą grupą w kameralnej pracowni archeologicznej i była to bardziej rozmowa niż wykład. Moi studenci, wyłącznie młodzi chłopcy z kilku krajów Afryki Zachodniej byli niezwykle ciekawi świata, no i samej wykładowczyni - białej Europejki.To były zwykle bardzo inspirujące rozmowy, a wielu z moich studentów po uzyskaniu licencjatu na ABU, kontynuowało studia w Anglii. Trzeba dodać, że zwykle studentami były dzieci miejscowych notabli i niezwykle zamożnych ludzi.

Każdego dnia po wykładach spacerem wędrowałam do naszego klubu na lunch mijając po drodze park rzeźby przy wydziale sztuki współczesnej.






Lubiłam też patrzeć na architekturę campusowych zabudowań, które moim zdaniem doskonale pasowały do otoczenia, wtapiając się w afrykańską przyrodę, pomimo ich betonowego charakteru.




Pracowałam do końca naszego pobytu w Zarii i ta praca to niewątpliwie jedno z przyjemniejszych wspomnień z nigeryjskiego epizodu w moim życiu.

12 grudnia 2013

Dzieciństwo w Afryce



Dzisiaj chcę napisać o dzieciach w Afryce. 

Moich, nie tych biedakach zarabiających handlem od niemal urodzenia, czy biegających tłumnie za nami z wyciągniętymi brudnymi łapkami i wołających 'Dashi, dashi', proszących o pieniążek. To jednak jest obrazek znany na całym Bliskim i Dalekim Wschodzie, także dzisiaj.




Chcę napisać króciutko o mojej dwójce, ponieważ zdaję sobie sprawę, że można mieć wątpliwości co do naszej decyzji o wyjeździe z takimi małymi dziećmi do Afryki? Podejmować takie ryzyko, narażać dzieci?

Jak było w praktyce wiele już opisałam. Jedyna niebezpieczna sytuacja, kiedy Miro miał tę straszliwą szpitalną 'przygodę', tak naprawdę mogła wydarzyć się wszędzie. Uczulenie na leki mogło się pojawić kiedykolwiek, tylko czy wtedy byłby w pobliżu taki lekarz jak Sława?

Innych prawdziwych niebezpieczeństw nie pamiętam. Dzieciaki były tu całkiem szczęśliwe, żyły na otwartej przestrzeni, w bliskim kontakcie z naturą, w tym powolnym, spokojnym mijaniu dni, gdzie nikt, nigdzie nie gonił, gdzie był czas na wyprawy w teren, nad tamę, na farmę, na zbieranie kamyków, a kiedyś nawet skorpionów - na szczęście w porę zauważyłam.
Piknik na Górze Kufena



Spacer po Campusie


Kontakt z rówieśnikami z innego świata oczywiście miał ogromny wpływ na Miro. To nie tylko język, to od dziecka przyzwyczajenie się do odmienności, innego koloru skóry, innego zachowania i zaakceptowanie tego jako stanu absolutnie naturalnego.



Mnóstwo kontaktów z innymi dziećmi, nie tylko z Polski.



Swoboda w przechodzeniu z polskiego na angielski, o czym już pisałam, to sprawa nie do przecenienia.
Oczywiście wiek Miro miał tu kluczowe znaczenie. Spędził w Afryce lata od 5-go do 11-go roku życia. To czego się nauczył, pozostało. Inaczej w przypadku Marty. Przyjechała jako niemal niemowlę, potem miała rok przerwy w pobycie w Zarii, do tego dochodziła choroba, która z czasem okazała się być bardziej poważna i skomplikowana niż myśleliśmy. Do tego, albo raczej w wyniku tego dochodziły ogólne problemy rozwojowe.

Tak więc, zapewne każde dziecko może skorzystać z takiego 'światowego' epizodu inaczej, albo wcale. Jedno jest pewne - ich pobyt w Nigerii na pewno nie zaszkodził im w żaden sposób, a w przypadku Miro to były same korzyści.
Tu już niemal przy końcu pobytu, takie nieco większe dzieci Marta i Miro.